0

Zwierzątka domowe

Posted by Kazimierz Szymeczko on 15 września 2014 in Felietony |

Wstyd przyznać, że niniejszy horror oparty jest na faktach, a co gorsza, przytrafił się mnie. Załóżmy zatem, Szanowny Czytelniku, że opowiadano mi swego czasu, co się przytrafiło pewnemu nieznanemu mi twórcy …

Nie ma nic milszego, niż spotkanie autorskie z przedszkolakami. Dzieciątka miłe, bystre, ciekawe świata i zadające pytania, które niejednemu dorosłemu powinny dać do myślenia.
Z takim przekonaniem pan pisarz przekroczył gościnne progi pewnego przedszkola.
Z zadowoleniem stwierdził, ze jego nazwisko zapisano na gazetce poprawnie, a dzieciaki nawet czytały któreś z jego dzieł. Z mniejszą fascynacją przyjrzał się bukietowi kwiatów, który, jak nietrudno się domyślić, miał mu zostać wręczony po spotkaniu, gdyż kwiatków nie pijał, a droga powrotna do świątyni twórczej jawiła się jako dosyć uciążliwa i bez malowniczej miotły.
Spotkanie przebiegało spokojnie. Autor opowiadał bajki, tłumaczył ile kilogramów książek napisał, dlaczego nie został strażakiem i bawił się równie dobrze, albo i lepiej, niż reszta zgromadzonych.
W pewnej chwili słodkie dzieciątko o oczach szczerych i jasnych, bo czytaniem ksiąg uczonych jeszcze nie nadto utrudzonych podniosło dwa paluszki. Gość zorientował się, że grupa jest dobrze przygotowana przez panią wychowawczynię i przy tak kulturalnym sposobie czerpania z krynicy jego mądrości, grozi mu co najwyżej, iż ktoś skieruje pod niewłaściwym adresem pytanie dotyczące palącej kwestii wyjścia do ubikacji. Okazało się jednak, że gość będzie inwigilowany na inne nieco tematy.
– A czy ma pan pieska? – zapytało dziecię z nieudawanym zainteresowaniem.
Autor pieska nie posiadał, więc zgodnie z prawdą odpowiedział, iż posiada jedynie 33% udziałów w żółwiu wodnym, który pływa sobie w domowym akwarium. Udzieliwszy wyczerpującej i błyskotliwej odpowiedzi skinął dobrotliwie głową złotowłosemu cherubinkowi, któremu widać inne zagadnienie nie pozwalało spać po nocach.
– A kotka pan ma? – usłyszał.
Nie, serduszko złote, nie mam ani pieska, ani kotka – uśmiechnął się dobrotliwie i skierował bystre oko, a nawet obydwa, ku kolejnemu przedszkolakowi regulaminowo podnoszącemu dłoń.
– A papużki?
Że co? A.. czy mam… No, nie… mówiłem już, że nie mam kotka, pieska, ani też, prawda, papużek. Żółwia mam. Znaczy, tego, no, pływa sobie w akwarium ten żółw – stalowe nerwy są podstawą wykonywania niejednego zawodu, a pisarz, który z niejednego pieca chleb jadł, nie daje się zapędzić w kozi róg pytaniem o papużki.
A tu śliczna dziewczynka z warkoczykami, po krótkiej naradzie z siedzącym obok sympatycznym rudzielcem, podnosi rękę do góry.
Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Jeśli się kończy.
– A świnkę morską albo chomika, bo ja mam chomika, a Adaś świnkę…
Rad nierad wyznał zaproszony, że kiedyś, dawno temu, w domu były chomiki, ale żyły średnio rok, gdyż uparcie wspinając się po dachu klatki dążyły do samozagłady, więc wszystkie nazywały się Ludwik, a do imienia dodawane były tylko kolejne numery.
– Tak jak królowie francuscy – naprowadził zgrabnie temat na temat monarchów, by definitywnie wyrwać się z zaklętego kręgu osaczających go maluchów i zwierzątek domowych.
– A ma pan rybki? – odezwał się bez pytania jakiś smarkacz, który jeszcze minutę temu wydawał się być przesympatycznym stworzeniem.
– Mam akwarium, ale z żółwiem, a nie z rybkami. Wspominałem już – odparł pisarz z uśmiechem na ustach i żądzą mordu w oczach.
Okazało się jednak, że subtelne aluzje nie na wiele się zdadzą, bo już kilka innych rąk podniosło się z taką energią, że od razu widać było, jaki życiowy problem dręczy respondentów.
Jako ów Kmicic, co ani jęknął, gdy mu boczki przypiekano, z szaleńczą odwagą i determinacją gość udzielił głosu kilku losowo wybranym osobom, łudząc się jeszcze, że zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa usłyszy wreszcie pytanie typu: „Co pan teraz pisze?” lub „Jaką zupę pan lubi?”
Porzućcie wszelką nadzieję, którzy do maluchów przychodzicie…
Miał za to okazję stwierdzić z całą stanowczością, że nie jest szczęśliwym posiadaczem małpki, kanarka, ani białych myszek. Nieszczęśliwym posiadaczem też nie. A co do białych myszek, to nie był już taki pewien, jak przed kwadransem, czy istotnie prawdę rzekł, bo miał wrażenie, iż kilka tych sympatycznych gryzoni mignęło mu przed chwilą przed oczami.
– Jak już powiedziałem… kilka razy… mamy w domu żółwia, wiecie, taki w akwarium. I bardzo proszę serduszka złote, nie pytajcie już o zwierzątka domowe, bo MAM ŻÓŁWIA, A NICZEGO INNEGO NIE MAM! – potoczył bazyliszkowym wzrokiem po zebranych, by sprawdzić, czy jego nagły wybuch nie został odebrany jako zamach na prawo jednostki do zdobywania wiedzy, ale jedynie jako kulturalne i jednoznaczne zakończenie tej serii pytań.
Ostrzeżenie przed nagłą śmiercią udzielone przedszkolakom, ów jęk udręczonej duszy molestowanego pisarza, w połączeniu z nieco obłędnym wzrokiem miłego nie tak dawno człowieka dał dzieciom do myślenia.
Po chwili nabrzmiałej myśleniem, mózg grupy znalazł kompromis.
– A mój dziadek znalazł kreta w ogródku, ale to było po burzy i ten kret się utopił w wodzie – wyznał konfesyjnym szeptem z wypiekami na twarzy.
Cóż… nie było podstaw do zamordowania dziecięcia, które podzieliło się refleksją, bo warunki kontraktu zostały spełnione. Nim jednak zaproszony zdążył renegocjować układ i nałożyć embargo na zwierzaki leśne polne i wodne, dowiedział się także o tragedii rozjechanego na leśnej drodze jeża, o tym, jak to ciocia Marysia hoduje na wsi dwie krówki i kto z uczestników spotkania odwiedził w bieżącej pięciolatce ogród zoologiczny.
Ostatnie sceny dramatu nie nadają się do dosłownego powtórzenia. Niech Szanowny Czytelnik zadowoli się stwierdzeniem, iż dzięki bohaterskiej postawie pani przedszkolanki wszyscy pozostali przy życiu. Nieszczęsnego pisarza odwieziono do jego świątyni dumania samochodem, zahaczając przy okazji o aptekę, w której można było nabyć bez recepty promocyjny zestaw leków pomagających zwalczyć stres i ukoić skołatane nerwy. Nawet na tym skorzystał, bo przy zakupach na kwotę powyżej stu złotych otrzymuje się 5% rabatu. Kwiatki dostarczono dnia następnego wraz z piękną laurką, którą miłośnicy literatury dziękowali za fascynujące spotkanie.
Z okładki pamiątkowej karty uśmiechało się promiennie kilka stworzonek, o których dzieci powinny porozmawiać z weterynarzem, a pisarz z psychoanalitykiem…

Kazimierz Szymeczko

Biblioteka w Szkole nr 12/2006

Tagi: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Copyright © 2014-2017 szymeczko.pl All rights reserved.
This site is using the Multi Child-Theme, v2.1.2, on top of
the Parent-Theme Desk Mess Mirrored, v2.2.4.1, from BuyNowShop.com.